07.15.08
Osiołkiem po nieladacznicach
Ha, impreza! Kto jeszcze jedzie? Przed chwilą było już tylko 14 miejsc wolnych. ![]()
Czyli co się dzieje w Krakowie… ;-)
Ha, impreza! Kto jeszcze jedzie? Przed chwilą było już tylko 14 miejsc wolnych. ![]()
Ubiegły weekend opiszę skrótowo, bo już wiadomo gdzie byliśmy. Główne atrakcje: Liga Światowa 2008 i mecz Polska-Chiny, Trójmiasto, plaża, Hel, Open’er Festival. W sumie 1386km koleją i 38km statkiem. Jeden pociąg, z którego wysiadaliśmy w panice, bo bilety na Open’er ktoś
zostawił w domu, ale szczęśliwie Przewozy Regionalne kursują często, a dopłata do pospiesznego to całe 2PLN na głowę.
Odnośnie transportu - nie ma to jak nocna Tania Kuszetka. I nie ma to jak Intercity w dzień (klima, wagon wyciszony, herbata/kawa i herbatniki podane do przedziału, informacje o stacjach i opóźnieniach przez interkom
, elegancki bar dla zamożnych, etc..).
Liga - mecz jak mecz, siatkówka to i tak jedyny sport jaki rozumiem. Kibice na poziomie. Oprócz tego zakaz wnoszenia własnego picia powyżej 0.5l, bo sponsorem jest oczywiście wODA jURAJSKA. Mafiaa.
Plaża - pogoda dopisała. Pizza z dostawą nad morze rządzi niepodzielnie, choć nie cenowo.
Hel - kolejny jakoś tam “istotny” punkt geograficzny zaliczony w biegu. Foki przemiłe, resztki zabudowań obronnych można obejrzeć jeśli kogoś fascynuje II wojna światowa i przyległości. Statek bujał, ale obeszło się bez ekscesów żołądkowych, a pasażerowie Tramwaju Wodnego to oczywiście bydło i tak się ich traktuje. Pozdrowienia dla załogi!
Nocowaliśmy u znajomych z innymi ich znajomymi, bo bodajże odbywające się w weekend 3 duże imprezy (z tego co wiem szacowane na 250k osób) i kilka pomniejszych skutecznie pozbawiły Trójmiasto i spore przyległości jakichkolwiek miejsc noclegowych.
Open’er - ładne granie, porządna (porządkowo) organizacja i mafiaa pod każdym innym względem. Fotek nie ma bo aparaty powyżej 3 megapikseli były zabronione.
Cioty. Ale (raz jedyny) zobaczyć było warto.
Wyjechaliśmy w piątek późnym popołudniem, w poniedziałek byłem nawet w pracy. “Ostra jazda”, so to say.
No fotkach głównie ja i Magda, okazjonalnie kolega, bo pstrykaliśmy jak popadło. Filmy też są, ale w kretyńskiej jakości z dużą liczbą klatek na sekundę, bo ustawiony tryb okazał się być słabo widoczny w interfejsie aparatu, za co go szczerze nie znoszę. A teraz konkrety:
Byliśmy na Wiankach. Dobrze zorganizowana impreza, ludzie dopisali (przeszło 100 tyś.) i gdy cały ten tłum ruszył do domu po dość nagłym zakończeniu imprezy, widok ulic Krakowa był co najmniej interesujący. Muzyka ok, fajerwerki na zakończenie - światowa klasa. Coś można zobaczyć tutaj:
Oczywiście jakość jest do kitu i w ogóle, ale polecam przewinąć do mniej więcej 5:50. Finał przesłonił mi całe niebo, a stałem dość daleko od miejsca akcji. W zasadzie nie szkoda na to publicznych pieniędzy.
Jak już wszystkim zainteresowanym wiadomo, podróż powrotna wypadła przez Frankfurt, a z racji długiego oczekiwania na przesiadkę (dobrych 6 godzin), pojechaliśmy pociągiem zobaczyć trochę miasta. To co zobaczyliśmy specjalnie nas nie zachwyciło, ale i tak było miłą odmianą po Teksasie. Przeżyliśmy też delikatny szok kulturowy, bo w Frankfurcie są dziewczyny.
Poniżej kilka obowiązkowych fotek:
Ten wpis jest w trakcie tworzenia. Fotki wrzucone żeby cokolwiek było do obejrzenia dzisiaj GMT+2. Enjoy.
Na niedzielę zaplanowaliśmy sobie coś dużego, czyli wycieczkę, którą można się pochwalić. Zapakowaliśmy się do samochodu punkt siódma i ruszyliśmy na południe. Opisu samej podróży oszczędzę - trudno ciekawie opisać pięciuset kilometrową przejażdżkę (w jedną stronę) monotonnymi teksańskimi drogami, a w szczególności międzystanową numer 45, gdzie jedynymi zdarzeniami, które zapobiegają zapadnięciu w zupełny letarg są zwężenia wynikające z prac remontowych, a mózg można zająć wyłącznie liczeniem zjazdów i wypatrywaniem policji. Równie dobrze post ten mógłby być zatytułowany na przykład: “Międzystanowa 45 - od zjazdu 248 do 1″ i oddałoby to prawie cały urok tej podróży. Dlaczego nie wynaleziono tu jeszcze szybkich pociągów?!
A zatem: z Irving do Glaveston, przejazdem przez Houston. Poglądową mapkę można obejrzeć tutaj. Google podpowiadają, że jest to około 5:40 jazdy - to i tak niezły wynik jeśli porównać to do warunków krajowych, ale ograniczenia prędkości do 70 mil na godzinę (to maksimum) na drogach, które mają od 3 do 5 pasów ruchu w jedną stronę jest dość bolesne. Szczęśliwie jest ono brane z pewnym przymróżeniem oka i praktycznie każdy jedzie te 10mph więcej…
Przez Houston przejechaliśmy bez problemów. Wcinająca się w Downtown droga międzystanowa byłaby świetnym szlakiem widokowym gdyby nie trzeba było uważać na płynącą wokół masę samochodów i szybko mijane drogowskazy. Drogi, typowe dla miast tego regionu, są szerokie, a rampy i wiadukty potrafią z łatwościa bezkolizyjnie skrzyżować nad jednym kawałkiem ziemi i 4 jezdnie.
Klik: Przejazd przez Downtown Houston
Pisząc to mam szczerą nadzieję, że nie uwierzyliście we wcześniejszy, mało dokładny opis sugerujący, że przejechaliśmy taki szmat drogi żeby poleżeć kilka godzin na plaży nad Zatoką Meksykańską. O nie. Naszym głównym celem było to miejsce:
“To miejsce” to Centrum Kosmiczne imienia Johnsona (a dokładniej jego część przeznaczona dla zwiedzających - Space Center Houston), zaledwie kilka mil na wschód od biegnącej aż do Galveston międzystanowej numer 45 i bodajże najciekawsze miejsce w promieniu kilkuset mil (i jeszcze większego kilkuset kilometrów). Na miejsce dotarliśmy punkt 12 - w sam raz żeby najważniejsze atrakcje obejrzeć w ciągu 4.5 godziny. Bilety w przystępnej cenie: 20$ za osobę dorosłą dają wstęp na wszystkie atrakcje.
Zaczęliśmy od obejrzenia krótkiego, pozbawionego komentarza kinowego filmu pokazującego najważniejsze wydarzenia z historii NASA, mniej więcej do roku 2000 (swoją drogą, w tym roku wypada pięćdziesięciolecie tej organizacji). Z sali kinowej, już z poprawionym morale, przechodzi się do Starship Gallery, gdzie można obejrzeć autentyczne eksponaty, jak choćby kapsuły używane w programach Merkury (”maluch” jest przy niej niewyobrażalnie przestronny), Gemini (miejsca tyle samo, choć mieszczą się tam już 2 osoby), czy wreszcie (już dość imponujący) moduł dowodzenia Apollo 17.
Przy czym jest to oczywiście oryginalna kapsuła, który 36 lat temu orbitowała wokół Księżyca i szczęśliwie przywiozła swoją załogę na Ziemię. Zresztą na zdjęciu widać lekkie zużycie, bynajmniej nie sztuczne. Bardzo ładnie prezentują się skafandry księżycowe i Rover:
Oprócz tego jest tam dużo innych eksponatów: fragmenty ubrań, stare urządzenia, zapasowy komputer używany w misjach programu Apollo (kalkulator HP), itd.. Fragment wystawy poświęcony Księżycowi to między innymi narzędzie używane przez astronautów i skały. Jednej z nich można dotykać i jest to przeżycie dość mistyczne…
Dalej: atrapa stacji Skylab w skali 1:1 (naprawdę zacna!) i małe conieco o promach kosmicznych (skafandry, pierwotne fotele katapultowane, jedzenie)…
Klik: atrapa Skylaba
Zresztą promom kosmicznym poświęcona jest dodatkowa wystawa
w której można przyjrzeć się urządzeniom kontrolującym ładownię i dźwig Canadarm,
oraz prawdziwemu kokpitowi:
Dalej w planie wycieczki - przejazd specjalnym “autobusem” (pod pełną kontrolą) i zwiedzanie kilku budynków (działającego na codzień) centrum kosmicznego. Kolejne mistyczne przeżycie gwarantuje zachowany w niezmienionej postaci Control Room, w którym “działa się historia” podczas załogowych misji programów Merkury, Gemini oraz Apollo - a także świadomość, że dokładnie piętro niżej znajduje się aktywny pokój kontroli stacji kosmicznej (widoczny tu na telewizorach), a po przeciwnej jeje stronie (również aktywny i żywy, bo na dzień po starcie STS-124) pokój kontroli misji promów kosmicznych…
Klik: Apollo 11 Control Room
Następnie w planie wycieczki jest budynek 9, w którym trenują astronauci, wypełniony atrapami promów kosmicznych, modułów ISS i różnymi dziwnym urządzeniami. Multimediów tutaj oszczędzę, bo przez pleksiglasowe szyby wyszły nie najspecjalniej, a miejsca na filmy też dużo nie mam…
Następnie: Johnson Space Center Memorial, gdzie każdemu straconemu w ekslopracji kosmosu życiu poświęcone jest jedno drzewo, niektóre z nich boleśnie młode…
Następnie: tuż przed powrotem do publicznie dostępnej części centrum opcjonalny punkt programu. Kto chce - wysiada i czeka na następny bus (około 15 minut). Kto nie chce - jedzie. My chcemy, ostatecznie pojawienie się w tym miejscu sporo nas kosztowało. Trawniczki całkiem niezłe:
No i oczywiście, last but not least!, coś z czym wiązałem spore nadzieje i co okazało się zdecydowanie najbardziej spektakularnym punktem wycieczki:
Coś, czego zdjęcia nie oddają, co jest przez aparat zniekształcone i przedstawia się na obrazkach wręcz karłowacie. Niestety, i jest mi z tego powodu bardzo przykro, nie mam jak tego oddać, chociaż wrażenie towarzyszące podniesieniu oczu zaraz po wejściu do hali na pewno zapamiętam do końca życia.
Patrząc na zdjęcie mózg próbuje dostosować rozmiar tego co widzi do znanej sobie skali. To błąd. “Nadzianie się” na pierwszy człon Saturna V powoduje, że ludzie zatrzymują się w pół kroku i wzdrygają, bo to widok nie pasujący do codziennego sposobu postrzegania świata, czy cywilizacji. Idioci, uważający że obecność człowieka na Księżycu była mistyfikacją mają teraz w moich oczach maluteńskie usprawiedliwienie - bo to widok nie z tego świata. Ah, i jakże głupi byli ci, którzy zignorowali opcjonalny punkt programu (?!) i zostali w busie..!
Naprawdę nie potrafię odpowiednio wytłumaczyć oszukańczego efekty wprowadzanego przez aparat. Dość dziecinnie powiedziałbym, że choćby to zdjęcie:
Powinno raczej wyglądać w ten sposób:
Może filmik oddaje skalę choć trochę lepiej: klik?
Wkrótce zabrał nas stamtąd kolejny bus. Zjedliśmy conieco, weszliśmy na sponsorowany przez Nortropa seans filmowy w a’la I-MAXowym kinie, który okazał się być prezentowanym na 40m ekranie programem z Discovery Channel w jakości telewizyjnej (piksele, interlace, rzyg), czyli idealną antyreklamą firmy. Wytrzymaliśmy około 1.5 minuty. Z kolei w familijnym wprowadzeniu do aktualnie odbywających się misji, prezenter próbujący zrobić przystępny dla rednecków show imponował mało imponującymi liczbami i serwował błąd za błędem (na poziomie: NASA nie wie, czy na Marsie jest lód)… Oh well. Chyba trudno było już na mnie zrobić wrażenie, a ponieważ była już 16:30, to ruszyliśmy w dalszą drogę na południe.
Na wybrzeże Zatoki Meksykańskiej z południowych przedmieść Houston jest już naprawdę blisko.
Słoneczny Patrol - niestety bez Pamelki.
Na plaży spędziliśmy całe (!) 45 minut. Poleżeliśmy, pobrodziliśmy w bardzo ciepłej wodzie, pozbieraliśmy muszelki i ruszyliśmy w długą drogę powrotną. Co warto podkreślić: plaża zdaje się być swoistą granicą Pasztetlandu. A może to wybrzeże w ogóle..? Dość dobry dowód wjechał nam w kadr już kilkanaście minut po opuszczeniu Glaveston:
Swoista antyteza Pasztetlandu
![]()
Na samym wybrzeżu architektura różni się od przyjętego w innych częściach teksasu stylu: jest bardziej secesyjna i delikatna, jakby czekająca aż jakiś zagubiony huragan wyrwie ją z korzeniami. Spójrzcie.
Opis powrotu byłby równie nudny jak drogi na południe. Od wyjazdu numer 1 do 284, ot co. Poniżej kilka fotek zrobionych przy wyjeździe z Glaveston:
Dalej, widok na Houston Downtown:
I Sam Houston we własnej osobie, już kawał drogi na północ od miasta:
Do hotelu, “speedując” z innymi uczestnikami ruchu, wrócilśmy punkt 23… Dobranoc.
W sobotę naszło nas na zwiedzanie i z racji liczby potencjalnych atrakcji oraz rekomendacji padło na Fort Worth - na wschód od Dallas/Irving/etc.. Jednak jak na miasto należące do zamieszkanej przez ponad sześć milionów ludzie metropolii do zobaczenia jest tu niewiele. Muzea sztuki nowoczesnej (jako lokalne atrakcje) mnie nie pociągają, takoż sklepy i autostrady, więc ostatecznie zaplanowaliśmy wariant popołudniowy obejmujący Ogród Botaniczny Fort Worth oraz polecane przez znajomych z Polski i Stanów Fort Worth Stockyards. Ogród wybraliśmy z ciekawości, traktując go jako miłą odmiana od zalanego betonem krajobrazu, choć biegnące obok niego 10+ pasów międzystanowej numer 30 powoduje, że ciężko jest się tam zrelaksować. A więc, w zdjęciowym skrócie:
To, oczywiście, ja w naszym poczciwym autku, wyjeżdżając spod hotelu.
McArthur Blvd, z Irving aż do Grand Prairie - domki, stodolaste kościoły i krzywe słupy.
Jaszczurek w Fort Worth Botanical Gardens jest naprawdę sporo i lubią wygrzewać się na widoku.
Ja i fontanna, Ogród Botaniczny Fort Worth.
Po prostu żuk.
Ja i zegar słoneczny.
Tym razem sam zegar słoneczny, w tle Rose Garden.
Ogród Botaniczny Fort Worth jest naprawdę ładny i daje możliwość sfotografowania się w wyjątkowo estetycznym otoczeniu. Nic dziwnego, że pełno tam młodych par i imprez rodzinnych.
Widok na Rose Garden.
Żółw wygrzewający się na słońcu, leniwie spoglądający na przechodzących obok i robiących mu zdjęcia ludzi.
Ten sam żółw raz jeszcze.
Po prostu rzeźba.
A to największa (z mojego punktu widzenia) atrakcja - Ogród Japoński. Na zdjęciu wejście.
Suzuki Garden zaprojektowany przez (niespodzianka) pana Shigeichi Suzuki, znanego architekta z Nagaoki.
Meditation Garden, na przeciwko Suzuki Garden. Design imitujący jakoby ten z świątynii Ryoanji w Kyoto.
Po prostu “makro-pagoda”.
Widok na pawilon herbaciany.
Żółw porośnięty glonami, bardzo pocieszny.
Po zwiedzeniu ogrodu (z wyłączeniem konserwatorium), potężnie już głodni, udaliśmy się do Fort Worth Stock Yards - miejsca, gdzie kowbojska tradycja Teksasu żyje na co dzień. Co to oznacza? Sporo ludzi ubranych w westernowym stylu, country, dużo wołowiny i BBQ, spędy krów, “rednecy” i najprawdziwsze rodeo. A także, last but not least!, vintage railroad, czyli pociąg w stylu wiktoriańskim jeżdżący do Grapevine, ciągnięty przez parowóz lub starego diesla. Ja, niestety, trafiłem drugi wariant. Ale do rzeczy:
Rickey’s BBQ i wymarzony wołowinowy posiłek. Naprawdę dobre, kruche mięsko i smaczne przystawki. Nielimitowane dolewki Coca-Coli z lodem ratują człowieka przytłoczonego upałem.
Lokomotywa 1953 GP-7 (diesel) wracająca po wagony, uchwycona z Ricky’ego.
1953 GP-7 gotowa do drogi w kierunku Grapevine
1953 GP-7 raz jeszcze oraz drepczący maszynista.
I jeszcze raz! Tak, szczerzyłem się na siłę, ale sprzęt naprawdę mi się podobał!
![]()
Fort Worth Stockyard, widok wzdłuż Exchange Ave. Saloony, wraki i takietam. Tak wygląda tylko bardzo ograniczony obszar miasta.
Na godzinę przed rozpoczęciem rodeo widownia jest pusta, a jedyną atrakcją jest stojący na środku areny ciągnik-reklama. I smród krów.
Zaczyna się. Zanim zapalą się światła trzeba wprowadzić się w trans - jeżdżącej coraz szybciej i szybciej wokół areny “kowbojce” z flagą towarzyszy happeningowa piosenka o tym, jaką mamy wspaniałą flagę, że gwarantuje nam wolność, że Ameryka jest najwspanialsza, etc.. Na widowni dwie wyraźne grupy - turyści spokojnie robiący zdjęcia i tłum przeżywających patriotyczną ekstazę tubylców w kwiecie wieku.
Transu ciąg dalszy - hymn wykonany a’la Edyta Górniak i obowiązkowa kowbojska modlitwa teksańskim akcentem announcera. Turyści zachowują spokój.

Islamic Rage… Erm.. You get the point…
Wreszcie jakiś kowbojski konkret!
Uciekająca Panna Krowa.
Objazdowa reklama tego lub innego sponsora robi jedno okrążenie areny co przerwę. Szczęśliwia na zdjęciu wyszła rozmyta.
![]()
I to tyle jeśli chodzi o sobotnie atrakcje.