05.26.08
U.S.A. Welcome To (part 2)
Dziś niedziela, dzień wolny i “nudny”, bo postanowiliśmy wreszcie trochę odpocząć na miejscu, a mnie przy komputerze trzyma wieczorne lądowanie “Feniksa” na Marsie (w chwili gdy kończę te wpis wiadomo już, że wszystko poszło idealnie i na Czerwonej Planecie rozpoczęła się kolejna misja). Mam więc trochę czasu na krótkie opisanie pozostałej części pierwszego dnia pobytu. Dla przypomnienia: właśnie przebyliśmy ostatnie kontrole i otoczeni lepkim od wilgoci i gorącym powietrzem stoimy na prawdziwej amerykańskiej ziemi…
Samochód zarezerwowaliśmy razem z lotem i hotelem, bo w Teksasie żyć bez samochodu się nie da. Jak okiem sięgnąć ciągną się drogi, drogi, drogi – trzy, cztero, pięcio pasmowe, rampy, wiadukty, wiadukty nad wiaduktami, ślimaki. W całym tym ogromie nie ma miejsca dla pieszego czy rowerzysty. Owszem, w dzielnicach mieszkalnych są nawet chodniki, są światła, ale przemieszczanie się między miejscem zamieszkania a pracą bez auta to czysta fikcja.
Samochód odbieramy w Rental Car Center, do którego z terminala lotniska zabiera nas regularnie kursujący, darmowy autobus. Do wyboru – dowolny ze stojących na parkingu kompaktów, oczywiście z kluczami w stacyjce i gotowych do jazdy. Wybieramy najładniejszego brzydala i ruszamy do hotelu, uzbrojeni w wydruki z Google Maps i elektronicznego “znajdowacza drogi”, którego znalazłem przed wejściem na parking.
Jechał z nami kolega z pracy, który w “Dallasowie” siedzi już bite dwa tygodnie, a gdzieś w pobliżu (w samochodzie) miał czekać drugi znajomy. Długo tłumaczyli nam, że w tym miejscu nie sposób trafić do celu jeśli nie posiada się jakiegoś lokalnego drogowego szóstego instynktu. Brzmiało to dość podejrzanie, ale koniec końców zgodziliśmy się, by nas poprowadzili. Dopiero po fakcie okazało się, że jeżdżąc non-stop z pomocą GPSa do końca swojego pobytu nie do końca wiedzieli gdzie są…
Zaczęło się od tego, że stacja benzynowa, na której czekał samochód, okazała się być po drugiej stronie drogi. Oznacza to wprost, że nie da się do niej po prostu dojechać – należałoby zrobić pętlę, skręcając na kolejnych skrzyżowaniach cztery razy w lewo – na to jednak nie potrafimy się zdecydować będąc tu dopiero minutę, bo do obaw przed zbłądzeniem na lokalnych drogach dołącza jeszcze trema związana z innym stylem jeżdżenia i obsługą “nowego” samochodu. Wybór był prosty – jedziemy zgodnie z przygotowanym na papierze planem (na maps.google.com, “get directions” z “2424 E 38th Street Ave, Dallas, TX 75261 (National Car Rental Dallas/Ft. Worth Airport)” do “Green Park Dr, Irving, TX 75038“). Tym razem wszystko idzie dobrze – 183, 161 i… tu przegapiamy zjazd na 114, ale sprawnie ratujemy się uciekając w Riverside Dr i dalej zawracając (U-turn) nad 114 z powrotem w kierunku hotelu.
Pokój okazał się być w bardzo porządnym standardzie i wyposażony we wszystkie niezbędne sprzęty – płaski (38″?) telewizor z kanałami HD i video-on-demand, telefony, mini-ekspres do kawy, lodówka, żelazko, suszarka do włosów, Wi-Fi, Biblia oraz gigantyczny klimatyzator… pół metra od mojego łóżka. Początkowo wyłączałem go na noc po odpowiednio intensywnym chłodzeniu pokoju, ale teraz przyzwyczaiłem się do jego buczenia i pozwalam mu pracować przez całą dobę.
Kolację zjedliśmy w znajdującej się na przeciwko hotelu knajpce stylizowanej na Irlandzką. Niedroga Fajita (czytanie hiszpańskie) okała się być Gigantycznym Posiłkiem, który zajmuje pół stołu – skwierczące na żeliwnym talerzu kawałki kurczaka na cebuli i papryce, ryż, surówki, tortilla i duży jednorazowy kubek Coca-Coli z dolewkami bez ograniczeń. Pół czteroosobowego stołu! Nie podołaliśmy.
Już po powrocie sen przyszedł szybko – i tak pierwszy dzień dobiegł końca…
11.17.07
Koliba ‘Pod Czarcim Kopytem’
(Wpis przeniesiony z Jabby, napisany dnia: 2006-05-05 13:35:37)
Podczas majówkowej wizyty w Beskidach udało mi się całkiem przypadkiem trafić na zupełnie wyjątkowy (i skutecznie zamaskowany) lokal. Owo miejsce to właśnie koliba “Pod Czarcim Kopytem”, stojąca kilkaset metrów od szczytu Równicy niepozorna chatka, sprawiająca z zewnątrz pozory kolejnej niespecjalnej górskiej jadłodajni, jakich pełno. Bardzo mylne wrażenie.
Wejście jest ciasne, ciemne i nieco obskurne. Zagłębiając się w spowijający pomieszczenia mrok ma się przez chwilę wątpliwości, czy w takim miejscu może być coś atrakcyjnego. Idąc w lewo mijamy małą izbę gęsto zastawioną stolikami, na stołach płoną świece. Jeszcze kilka metrów wąskim korytarzem i…
… i docieramy do obszernej sali. Jest ciemno (czego niestety nie oddają zdjęcia), gra cicha, dobrze dobrana muzyka, a my stoimy na balkonie, spoglądając z góry na zgromadzonych gości. Po chwili oczy przyzwyczajają się do mroku i zaczynamy dostrzegać detale. Sufit wsparty jest kolumnami wyglądającymi jak wielkie, martwe drzewa. Wokół stołów stoją masywne krzesła z witrażami w oparciach, a pomiędzy nimi krząta się elegancko ubrana obsługa.
Schodzimy na dół schodami, na których stopniach płoną świece, oświetlając drogę. Wybieramy stolik we wnęce i zajmujemy miejsca. Z wyjątkiem odległej muzyki i sporadycznego stuku sztućców jest cicho. Panuje półmrok i miły chłód, jak byśmy byli głęboko pod podziemią. W domu samego diabła. Efekt ten potęguje wystrój pomieszczenia – gałęzie niby-drzew są upiornie powyginane, niedaleko stoi dziwny mały piecyk, wewnątrz którego widać leniwie płonący ogień. Nad głową grube belki ze starego, spękanego drewna, a na stoliku stojak na przyprawy – mała, czarna rzeźba przedstawiającego jakieś mroczne stworzenie podtrzymujące pojemniczki (również czarne).
Po chwili zjawia się kelner, wręcza karty dań i odchodzi. Wybór potraw jest zróżnicowany, od prostych zup i frytek o dość przystępnych cenach, przez droższe zestawy obiadowe, po rarytasy w rodzaju pieczeni z jelenia lub przepiórek, w których przypadku ceny niebezpiecznie zbliżają się do kwoty 100PLN za kilkaset gramów mięsa. Na to skuszą się tylko wyjątkowi smakosze o pełnym portfelu. W końcu decydujemy się na Czosnkulę, zupę czosnkową, i składamy zamówienie. Czekamy chwilę, ale czas upływa błyskawicznie na przyglądaniu się perfekcyjnie urządzonemu wnętrzu i napawaniu się wyjątkową atmosferą.
W końcu możemy zjeść. Zupa ma intensywny smak i jest bardzo sycąca. Średniej wielkości miski, w których nam ją podano zupełnie wystarczają, byśmy poczuli się najedzeni. Siedzimy jeszcze kilka minut, płacimy i z pewną tęsknotą udajemy się w kierunku wyjścia, zanim jednak wyjdziemy na zewnątrz odwiedzamy pomieszczenie na prawo od wejścia – jeszcze ciemniejszą izbę z paleniskiem po środku, otoczonym ławami, na których można usiąść i choćby upiec kiełbasę. Tym razem zdjęć brak.
Wszystkim przebywającym w okolicach Ustronia polecam odwiedziny w tym szczególnym miejscu. Na Równicę można bez problemu wjechać samochodem, a opłata parkingowa wynosi 5PLN. Więcej informacji znajdziecie na stronie koliby, z niej też pochodzą powyższe fotografie (przekompresowane dla oszczędności miejsca).
Chimera
(Wpis przeniesiony z Jabby, napisany dnia: 2006-02-14 17:50:12) Przyznam się bez bicia – jestem miłośnikiem wszystkiego, co warzywne, owocowe i surowe. Z obiadów najbardziej cenię sobie dobrą surówkę, a gdyby ktoś postawił przede mną zestaw różnych dań i kazał wybrać jedno z nich, niechybnie byłoby to coś możliwie najbardziej wegetariańskiego. Jednak (uprzedzając ewentualne pytania) wegetarjaninem nie jestem.
Mając na uwadze powyższe, chyba nikogo nie zaskoczy, że bardzo się ucieszyłem, gdy pewnego dnia (bodajże późnym listopadem) miałem okazję “podsłuchać” w pociągu mężczyznę zachwalającego świetny krakowski bar sałatkowy “Chimera”. Nasłuchawszy się wielu bardzo pochlebnych opinii stwierdziłem, że muszę się tam wybrać.
W końcu – udało się. Lokal znajdujący się przy ulicy św. Anny 3 (odchodzi od rynku) okazał się być świetny – znajdując się głęboko w środniowiecznych piwnicach ma niepowtarzalny klimat: labirynt sal połączonych wąskimi przejściami, ogień płonący w kominku, nastrojowa muzyka i delikatne oświetlenie sprawiają, że miejsce to jest naprawdę wyjątkowe… Niestety zdjęcia oddają urok “Chimery” tylko częściowo (pozwoliłem sobie nieco lepiej skompresować te z oficjalnej strony):
Oczywiście równie ważna (o ile nie ważniejsza), co klimat jadłodajni, jest jakość serwowanego w niej jedzenia. Na szczęście okazało się być ono wyśmienite. Możemy sami skomponować sobie nasz posiłek lub skorzystać z usług kelnera i wybrać z menu jeden z gotowych zestawów. Ja skorzystałem z tej drugiej możliwości. “Duży zestaw wegetariański” to połączenie wielu różnych potraw o nietypowych smakach i zapachach, które świetnie pokazują, że nawet wegetariańskie dania mogą być “ciężkawe” (ciasta, naleśniki…) i nie ograniczają się tylko do różnych sposobów podawania mniej lub bardziej surowych jarzyn. Do tego zamówiłem koktajl z jagód… Niebo w gębie. Zdecydowanie polecam wszystkim odwiedzającym to wspaniałe miasto!
Dopełniając dzinnikarskiego obowiązku podaję adres oficjalnej strony baru (oraz restauracji, której jednak nie odwiedziłem): http://www.chimera.com.pl/htm/pol/bar.htm.


