11.17.07

Indoktrynacja

Opublikowany w informatyka, poglądy @ 7:46 pm - autor: knowak

(Wpis przeniesiony z Jabby, napisany dnia: 2006-05-17 15:37:42) Pożyczyłem ostatnio książkę o Javie z zamiarem bliższego przyjrzenia się temu językowi, bo, bądź co bądź, umiejętności programowania w nim wymaga duża część rynku (w tym pewna miła firma z Łodzi), a zawsze uważałem książki za dobry sposób wystartowania z nauką jakiejś technologii – dobry o tyle, że zazwyczaj prezentują one informacje w sposób skondensowany i powiązany logicznie, czego często nie dają internetowe samouczki czy dokumentacja.

Mam co prawda pewną awersję do tego języka, którą pewnie spowodowało zetknięcie z javowym maniakiem twierdzącym, że nic innego do programowania się nie nadaje, ale do przeglądania książki zabrałem się ochoczo. Jakież było moje zdziwienie, gdy w pierwszym rozdziale pt. “Wprowadzenie do Javy”, w którym autorzy próbują rozwiać pewne mity dotyczące tego języka, natknąłem się na taki oto paragraf:

Powinieneś używać Javy zamiast skryptów Perl i CGI

W połowie jest to prawda. Nie tylko nie powinieneś w ogóle używać języka Perl, ale nie powinieneś również używać skryptów CGI w programach działających po stronie serwera. Serwlety Javy są lepszym rozwiązaniem. Serwlety wykonują się w sposób znacznie bardziej efektywny niż skrypty CGI i, co więcej, możesz używać Javy – prawdziwego języka programowania – do ich implementacji”

Zdębiałem. Muszę przyznać, że nie tego spodziewałem się po książce sprawiającej wrażenie publikacji technicznej z logiem Sun Microsystems na okładce. Zamiast zaprezentować faktyczne zalety języka, które przemawiałyby za użyciem go zamiast innych narzędzi, będący autorami książki panowie Cay. S. Horstmann i Gary Cornell posunęli się do starego jak świat chwytu polegającego na próbie zmieszania konkurencji/alternatywy z błotem, próbie o tyle podłej, że pozbawionej podstaw i nakierowanej bezpośrednio na powiększenie ego czytelnika – przyszłego programisty Javy. Oczywiście można mieć pewne wątpliwości co do użyteczności Perla w tworzeniu dużych aplikacji, które muszą być potem otrzymywane przez innych ludzi, oraz techniki CGI jako metody udostępniania aplikacji webowych, ale napisanie, że nie nadają się one do niczego jest jawną bzdurą, podobnie jak ma się sprawa z sugestią (poniekąd zabawną), że jedynym prawdziwym językiem programowania jest Java.

Nie chcąc zniżać się do poziomu szanownych autorów wyjaśnię na czym bazuje moja krytyka. Po pierwsze Perl: z całą swoją zamgatwaną składnią umożliwiającą pisanie kodu przebijającego nawet potworki z IOCCC, umożliwia on szybkie rozwiązywanie problemów programistycznych oraz bardzo dobrze nadaje się do przetwarzania danych tekstowych, a tego właśnie czasem nam potrzeba. Nikt nie wmówi mi, że prosta aplikacja generująca np. statystyki na podstawie logów czy informacji systemowych nie może powstać bez klas, dziedziczenia, interfejsów i maszyn wirtualnych. Podobnie ma się sprawa z CGI: jest to interfejs prosty w konfiguracji i utrzymaniu, pozwala także na wykorzystanie programu napisanego w niemalże dowolnym języku programowania, a udostępnianie na serwerze skryptów CGI wiąże się zazwyczaj z prostym kopiowaniem plików. Tymczasem, aby udostępnić aplikację webową napisaną w Javie przy pomocy Tomcata trzeba przejść przez nietrywialną konfigurację serwera (w tym tworzenie użytkowników), pisanie plików XMLowych opisujących aplikację i ostatecznie deployment. Jakież to proste.

Książka (“Core. Java 2. Podstawy”, Helion, 2003) nagle znacznie straciła w moich oczach i nie będę już chyba w stanie uznać jej autorów za autorytety w dziedzinie programowania. Szkoda, bo miałem nadzieję na niezły podręcznik, a nadziałem się na zakamuflowany materiał reklamowy w stylu FUD. Nie zamierzam od razu się jej pozbyć, ale prezentowane w niej informacje będę na pewno przyjmował z większą rezerwą. Naprawdę szkoda. Tymczasem Bjarne Stroustrup swoją książkę p.t. “Język C++” zaczyna następującymi słowami:

“Używanie C++ sprawia mi coraz więcej radości. Język ten znacznie lepiej wspiera teraz projektowanie i programowanie, a nowe techniki ułatwiają stosowanie go.”.

Kontrast jest uderzający.

‘Wolność. Równość. Jojo’

Opublikowany w muzyka, poglądy @ 7:41 pm - autor: knowak

(Wpis przeniesiony z Jabby, napisany dnia: 2006-02-20 16:49:39) Zastanawia mnie czasami, czy zwykli ludzie zdają sobie sprawę z tego, że duże koncerny dybią sobie na ich prawa i wolności. Za każdym razem dochodzę do przykrego wniosku – nie. Co więcej, mało kogo to zazwyczaj obchodzi, a ewentualne chore ograniczenia w końcu stają się częścią codzienności i zaczynamy je akceptować “bo tak musi być”. Przykłady tego rodzaju można mnożyć – od patentów na oprogramowanie, przez regionizację rynku dvd, a na wkraczających właśnie na rynek technologiach DRM skończywszy. Niestety, przeciętny obywatel nie ma o tym żadnego pojęcia i idąc do sklepu nieświadomie kupi produkt, który po raz kolejny ograniczy jego możliwości korzystania z tego, co nabył. Ba, nawet gdyby wiedział, że naraża się na takie nieprzyjemności, to zazwyczaj i tak nic by na to nie mógł poradzić – forsowanie takich rozwiązań wymaga potężnego zaplecza i zazwyczaj prowadzone jest przez wszystkie liczące się na rynku firmy, bo przecież umożliwia to im zwiększenie zysków… choć naszym kosztem.

Na szczęście znajdzie się zawsze jakaś grupa aktywistów, która postanowi walczyć o prawa ogółu. W przypadku oprogramowania zajmują się tym między innymi Free Software Foundation czy Projekt GNU. W przypadku sprzętu sprawa jest nieco trudniejsza, choć często dostępne są alternatywne rozwiązania pozwalające obchodzić wszystkie te dziwne marketingowe wymysły. A co z rozrywką..?

Przyznam się od razu, że do napisania tej notki skłonił mnie wpis AvantaRa. Wspomniana przez niego sytuacja jest co najmniej śmieszna, ale niestety całkiem realna. Szkoda, że mój mały rozumek nie potrafi pojąć, jak to możliwe, że udostępnienie sklepu z muzyką użytkownikom innej niż Wiodącej Przeglądarki i Wiodącego Systemu Operacyjnego musi być czynem o iście heroicznym wymiarze… Śmieszne.

Na szczęście tak być nie musi – istnieje całkiem sporo sklepów z alternatywną muzyką, które nie są złe, a zarazem oferują spore i interesujące katalogi. Pozwolę tu sobie na reklamę mojego ulubionego: Magnatune. Choć widniejące na głównej stronie sklepu stwierdzenie “We’re a record label. But we’re not evil.” może wydawać się trochę na wyrost, to jednak po bliższym zapoznaniu się z jego ofertą i zasadami, nie sposób się z nim nie zgodzić.

Każdy z dostępnych utworów możemy przed zakupem odsłuchać w porządnej jakości (do 128kB/s), rzecz dość niespotykana. Ponadto sami możemy wybrać cenę (z podanego zakresu), jaką chcemy zapłacić za dany album – zatem jeśli twórczość któregoś artysty szczególnie przypadła nam do gustu, to możemy wynagrodzić go odpowiednio większą sumą (połowę dochodu ze sprzedanego albumu otrzymuje autor). Co więcej, pliki nie są cyfrowo zabezpieczane przed kopiowaniem, a zakupiony album możemy wielokrotnie ściągnąć w wielu formatach (w tym w bezstratnym FLACu). Czego więcej chcieć..?

Na zakończenie trochę agitacji – nie płaćmy za ograniczanie naszej wolności…