06.06.09

Dni Techniki Kolejowej Kraków 2009 (część 1)

Opublikowany w Kraków, kolej, pkp, wycieczki, zdjęcia @ 4:44 pm - autor: knowak

11.22.08

Dzień kolejarza w Krakowie

Opublikowany w Kraków, kolej, wycieczki, zdjęcia @ 7:03 pm - autor: knowak

11.09.08

Gorce

Opublikowany w wycieczki @ 7:49 pm - autor: knowak

Leń ze mnie wyłazi. ;-) Skoro Magda już wycieczkę opisała (przy okazji pokrywając kawał czasu od ostatniego wpisu), to ja w zasadzie nie mam co jej tekstu powtarzać i ograniczę się do podpisania fotek. Do galerii wrzuciła też mapkę.

Na szlaku – zaraz po wyjściu z Nowego Targu w kierunku Turbacza.

12

Schronisko pod Turbaczem i my. :-)

21

Schronisko pod Turbaczem raz jeszcze.

31

Wiatrołom? Zanieczyszczenie?

41

Jak wyżej… Tak to wyglądało kilka minut po zejściu z Turbacza w kierunku Starych Wierchów.

51

I znów. Tym razem z naszymi cieniami złowieszczo kładącymi się na krajobrazie.

6

Widok w górach dość niecodzienny: miejsce katastrofy lotniczej. O ile mnie pamięć nie myli: między schroniskiem na Starych Wierchach a Maciejową.

7

Już niedaleko Maciejowej…

8

Modrzew. Na poprzednich zdjęciach z gór (wycieczka majowa) przytulam się do świeżych, zieloniutkich igiełek. Jak ten czas leci…

9

Widok spod bacówki na Maciejowej w dół, na Rabkę Zdrój.

10

Fin. :-)

07.15.08

Osiołkiem po nieladacznicach

Opublikowany w Kraków, wycieczki tagged @ 1:31 pm - autor: knowak

Ha, impreza! Kto jeszcze jedzie? Przed chwilą było już tylko 14 miejsc wolnych. ;-)

06.22.08

Frankfurt

Opublikowany w praca, wycieczki tagged @ 5:18 pm - autor: knowak

Jak już wszystkim zainteresowanym wiadomo, podróż powrotna wypadła przez Frankfurt, a z racji długiego oczekiwania na przesiadkę (dobrych 6 godzin), pojechaliśmy pociągiem zobaczyć trochę miasta. To co zobaczyliśmy specjalnie nas nie zachwyciło, ale i tak było miłą odmianą po Teksasie. Przeżyliśmy też delikatny szok kulturowy, bo w Frankfurcie są dziewczyny. ;-) Poniżej kilka obowiązkowych fotek:

06.08.08

Palo Duro

Opublikowany w praca, wycieczki tagged @ 9:18 pm - autor: knowak

Ten wpis jest w trakcie tworzenia. Fotki wrzucone żeby cokolwiek było do obejrzenia dzisiaj GMT+2. Enjoy. ;-)

05.27.08

WWSFW (What is Worth Seeing in Fort Worth)

Opublikowany w praca, wycieczki tagged , @ 1:08 am - autor: knowak

W sobotę naszło nas na zwiedzanie i z racji liczby potencjalnych atrakcji oraz rekomendacji padło na Fort Worth – na wschód od Dallas/Irving/etc.. Jednak jak na miasto należące do zamieszkanej przez ponad sześć milionów ludzie metropolii do zobaczenia jest tu niewiele. Muzea sztuki nowoczesnej (jako lokalne atrakcje) mnie nie pociągają, takoż sklepy i autostrady, więc ostatecznie zaplanowaliśmy wariant popołudniowy obejmujący Ogród Botaniczny Fort Worth oraz polecane przez znajomych z Polski i Stanów Fort Worth Stockyards. Ogród wybraliśmy z ciekawości, traktując go jako miłą odmiana od zalanego betonem krajobrazu, choć biegnące obok niego 10+ pasów międzystanowej numer 30 powoduje, że ciężko jest się tam zrelaksować. A więc, w zdjęciowym skrócie:

To ja - ruszamy

To, oczywiście, ja w naszym poczciwym autku, wyjeżdżając spod hotelu.

Irving - McArthur - krzywe słupy

McArthur Blvd, z Irving aż do Grand Prairie – domki, stodolaste kościoły i krzywe słupy.

Jaszczurka

Jaszczurek w Fort Worth Botanical Gardens jest naprawdę sporo i lubią wygrzewać się na widoku.

Ja i fontanna

Ja i fontanna, Ogród Botaniczny Fort Worth.

Żuk

Po prostu żuk.

Ja i zegar słoneczny

Ja i zegar słoneczny.

Zegar słoneczny

Tym razem sam zegar słoneczny, w tle Rose Garden.

Lima ;)

Ogród Botaniczny Fort Worth jest naprawdę ładny i daje możliwość sfotografowania się w wyjątkowo estetycznym otoczeniu. Nic dziwnego, że pełno tam młodych par i imprez rodzinnych.

Rose Garden

Widok na Rose Garden.

Żółw na słońcu

Żółw wygrzewający się na słońcu, leniwie spoglądający na przechodzących obok i robiących mu zdjęcia ludzi.

Żółw na słońcu

Ten sam żółw raz jeszcze.

Ptaki - rzeźba

Po prostu rzeźba.

Ogród Japoński - wejście

A to największa (z mojego punktu widzenia) atrakcja – Ogród Japoński. Na zdjęciu wejście.

Suzuki Garden

Suzuki Garden zaprojektowany przez (niespodzianka) pana Shigeichi Suzuki, znanego architekta z Nagaoki.

Meditation Garden

Meditation Garden, na przeciwko Suzuki Garden. Design imitujący jakoby ten z świątynii Ryoanji w Kyoto.

Makro Pagoda

Po prostu “makro-pagoda”.

Pawilon herbaciany

Widok na pawilon herbaciany.

Żółw porośnięty glonami

Żółw porośnięty glonami, bardzo pocieszny.

Po zwiedzeniu ogrodu (z wyłączeniem konserwatorium), potężnie już głodni, udaliśmy się do Fort Worth Stock Yards – miejsca, gdzie kowbojska tradycja Teksasu żyje na co dzień. Co to oznacza? Sporo ludzi ubranych w westernowym stylu, country, dużo wołowiny i BBQ, spędy krów, “rednecy” i najprawdziwsze rodeo. A także, last but not least!, vintage railroad, czyli pociąg w stylu wiktoriańskim jeżdżący do Grapevine, ciągnięty przez parowóz lub starego diesla. Ja, niestety, trafiłem drugi wariant. Ale do rzeczy:

Rickey\'s BBQ

Rickey’s BBQ i wymarzony wołowinowy posiłek. Naprawdę dobre, kruche mięsko i smaczne przystawki. Nielimitowane dolewki Coca-Coli z lodem ratują człowieka przytłoczonego upałem.

1953 GP-7

Lokomotywa 1953 GP-7 (diesel) wracająca po wagony, uchwycona z Ricky’ego.

1953 GP-7

1953 GP-7 gotowa do drogi w kierunku Grapevine

1953 GP-7

1953 GP-7 raz jeszcze oraz drepczący maszynista.

1953 GP-7

I jeszcze raz! Tak, szczerzyłem się na siłę, ale sprzęt naprawdę mi się podobał! ;-)

Stockyard

Fort Worth Stockyard, widok wzdłuż Exchange Ave. Saloony, wraki i takietam. Tak wygląda tylko bardzo ograniczony obszar miasta.

Ciągnik - reklama

Na godzinę przed rozpoczęciem rodeo widownia jest pusta, a jedyną atrakcją jest stojący na środku areny ciągnik-reklama. I smród krów.

...

Zaczyna się. Zanim zapalą się światła trzeba wprowadzić się w trans – jeżdżącej coraz szybciej i szybciej wokół areny “kowbojce” z flagą towarzyszy happeningowa piosenka o tym, jaką mamy wspaniałą flagę, że gwarantuje nam wolność, że Ameryka jest najwspanialsza, etc.. Na widowni dwie wyraźne grupy – turyści spokojnie robiący zdjęcia i tłum przeżywających patriotyczną ekstazę tubylców w kwiecie wieku.

... - Cowtown Colliseum

Transu ciąg dalszy – hymn wykonany a’la Edyta Górniak i obowiązkowa kowbojska modlitwa teksańskim akcentem announcera. Turyści zachowują spokój.

Islamic Rage… Erm.. You get the point…

Kowboje

Wreszcie jakiś kowbojski konkret!

Uciekająca panna krowa

Uciekająca Panna Krowa.

Objazdowa reklama

Objazdowa reklama tego lub innego sponsora robi jedno okrążenie areny co przerwę. Szczęśliwia na zdjęciu wyszła rozmyta. ;-)

I to tyle jeśli chodzi o sobotnie atrakcje.

05.26.08

Bang-bang!

Opublikowany w różne, wycieczki @ 7:22 am - autor: knowak

Uh oh, całkiem niedaleko w czasoprzestrzennym continuum…

U.S.A. Welcome To (part 2)

Opublikowany w jedzenie, praca, wycieczki tagged @ 4:03 am - autor: knowak

Dziś niedziela, dzień wolny i “nudny”, bo postanowiliśmy wreszcie trochę odpocząć na miejscu, a mnie przy komputerze trzyma wieczorne lądowanie “Feniksa” na Marsie (w chwili gdy kończę te wpis wiadomo już, że wszystko poszło idealnie i na Czerwonej Planecie rozpoczęła się kolejna misja). Mam więc trochę czasu na krótkie opisanie pozostałej części pierwszego dnia pobytu. Dla przypomnienia: właśnie przebyliśmy ostatnie kontrole i otoczeni lepkim od wilgoci i gorącym powietrzem stoimy na prawdziwej amerykańskiej ziemi…

Samochód zarezerwowaliśmy razem z lotem i hotelem, bo w Teksasie żyć bez samochodu się nie da. Jak okiem sięgnąć ciągną się drogi, drogi, drogi – trzy, cztero, pięcio pasmowe, rampy, wiadukty, wiadukty nad wiaduktami, ślimaki. W całym tym ogromie nie ma miejsca dla pieszego czy rowerzysty. Owszem, w dzielnicach mieszkalnych są nawet chodniki, są światła, ale przemieszczanie się między miejscem zamieszkania a pracą bez auta to czysta fikcja.
Samochód odbieramy w Rental Car Center, do którego z terminala lotniska zabiera nas regularnie kursujący, darmowy autobus. Do wyboru – dowolny ze stojących na parkingu kompaktów, oczywiście z kluczami w stacyjce i gotowych do jazdy. Wybieramy najładniejszego brzydala i ruszamy do hotelu, uzbrojeni w wydruki z Google Maps i elektronicznego “znajdowacza drogi”, którego znalazłem przed wejściem na parking.

Nasz Chevrolet przed hotelem

Jechał z nami kolega z pracy, który w “Dallasowie” siedzi już bite dwa tygodnie, a gdzieś w pobliżu (w samochodzie) miał czekać drugi znajomy. Długo tłumaczyli nam, że w tym miejscu nie sposób trafić do celu jeśli nie posiada się jakiegoś lokalnego drogowego szóstego instynktu. Brzmiało to dość podejrzanie, ale koniec końców zgodziliśmy się, by nas poprowadzili. Dopiero po fakcie okazało się, że jeżdżąc non-stop z pomocą GPSa do końca swojego pobytu nie do końca wiedzieli gdzie są…
Zaczęło się od tego, że stacja benzynowa, na której czekał samochód, okazała się być po drugiej stronie drogi. Oznacza to wprost, że nie da się do niej po prostu dojechać – należałoby zrobić pętlę, skręcając na kolejnych skrzyżowaniach cztery razy w lewo – na to jednak nie potrafimy się zdecydować będąc tu dopiero minutę, bo do obaw przed zbłądzeniem na lokalnych drogach dołącza jeszcze trema związana z innym stylem jeżdżenia i obsługą “nowego” samochodu. Wybór był prosty – jedziemy zgodnie z przygotowanym na papierze planem (na maps.google.com, “get directions” z “2424 E 38th Street  Ave, Dallas, TX 75261 (National Car Rental Dallas/Ft. Worth Airport)” do “Green Park Dr, Irving, TX 75038“). Tym razem wszystko idzie dobrze – 183, 161 i… tu przegapiamy zjazd na 114, ale sprawnie ratujemy się uciekając w Riverside Dr i dalej zawracając (U-turn) nad 114 z powrotem w kierunku hotelu.

Pokój okazał się być w bardzo porządnym standardzie i wyposażony we wszystkie niezbędne sprzęty – płaski (38″?) telewizor z kanałami HD i video-on-demand, telefony, mini-ekspres do kawy, lodówka, żelazko, suszarka do włosów, Wi-Fi, Biblia oraz gigantyczny klimatyzator… pół metra od mojego łóżka. Początkowo wyłączałem go na noc po odpowiednio intensywnym chłodzeniu pokoju, ale teraz przyzwyczaiłem się do jego buczenia i pozwalam mu pracować przez całą dobę.

Kolację zjedliśmy w znajdującej się na przeciwko hotelu knajpce stylizowanej na Irlandzką. Niedroga Fajita (czytanie hiszpańskie) okała się być Gigantycznym Posiłkiem, który zajmuje pół stołu – skwierczące na żeliwnym talerzu kawałki kurczaka na cebuli i papryce, ryż, surówki, tortilla i duży jednorazowy kubek Coca-Coli z dolewkami bez ograniczeń. Pół czteroosobowego stołu! Nie podołaliśmy.

Już po powrocie sen przyszedł szybko – i tak pierwszy dzień dobiegł końca…

05.23.08

U.S.A. Welcome To! (part 1)

Opublikowany w praca, wycieczki tagged @ 4:14 am - autor: knowak

Przyznaję bez bicia, że w zasadzie nie chce mi się tego pisać – historia nie jest nadzwyczajna, do miejscowych dziwadeł coraz bardziej przywykam, a przecież wszystko można opowiedzieć po powrocie. Tyle, że do powrotu jeszcze kawał czasu i na bank sporo zapomnę – tekst powstał zatem z kronikarskiego obowiązku. ;-) Fotek na razie nie ma, bo i nie było specjalnie okazji (wnętrze Airbusa czy innego Boeinga to żadna atrakcja, wszystkie są takie same), a jeśli okazja na fotkę czy filmik już się pojawiła, to byłem zdecydowanie zbyt zajęty swoją rolą chodzącego GPSa żeby wyciągnąć aparat. Stąd i chyba dość oryginalny pomysł, by mieć go na stałe przymocowanego do głowy i aktywować głosem lub odpowiednią sekwencją mrugnięć. Na początek: podróż w telegraficznym skrócie:

  • 3:10 rano, Kraków – czekam przed domem. Podjeżdża wynajęty samochód (już z kolegą), robimy kółko wokół starego miasta i zabieramy kolejnego (ostatniego pasażera), bodajże niejakiego Davida Allena (Google?), po czym ruszamy w kierunku Pyrzowic. Pogoda po drodze kiepska – trochę popaduje, na drodze (przez Olkusz) kałuże, miejscami gęsta mgła.
  • 6:20 rano, KTW – po odprawie ze szczegółami (“pod jakim adresem w Stanach się Pan zatrzyma?”), drobiazgowej kontroli bezpieczeństwa i około godzince czekania siedzimy już w beczkowatym 767. Start przyjemny, po chwili jesteśmy już nad pokrywą chmur. Na dole szaro-buro, na górze jasnobłękitno z lśniącym dywanem obłoków. Lubię te zmiany. Niemcy z góry ładne – zupełnie jak makieta z porozrzucanymi tu i ówdzie wioseczkami, zbitkami domów, torami kolejowymi, wiatrakami, itd.. Ładnie.
  • 7:50 rano, FRA – duże lotnisko jest duże. ;-) Dominuje Lufthansa i wszelakie Boeingi 747. Marsz terminalami trwał wieki – w górę i w dół, w górę i w dół, i jeszcze ruchomymi chodnikami.
  • 10:20 rano, FRA – Airbus A343 jest przynajmniej godny tego lotniska. Dostojnie toczy się na pas startowy, gdzie… czeka w korku, który w dodatku wygląda jakby samoloty wpychały się przed siebie jak popadnie. W końcu – start ociężałej od paliwa bestii oznaczający początek koszmarnie długiego lotu (dobrych 10 godzin). Szczęśliwie nauczony wcześniejszymi doświadczeniami (klasa ekonomiczna, a szczególnie miejsca z tyłu samolotu = godny PKP z otwartymi oknami hałas) miałem zatyczki do uszu i klapki na oczy, więc udało mi się kilka razy zdrzemnąć. Te ostatnie też okazują się przydatne, bo słońce na wysokości przeszło 11km, kiedy odbija się od chmur (a tak było już od wybrzeża) daje się mocno we znaki. Plus dla LH za przyzwoite posiłki i zakąski, odprężające filmy i dobrą muzykę (symfonia w słuchawkach i takie widoki napradę dobrze do siebie pasują).
  • Po 10 godzinach lotu, czyli jak łatwo policzyć o 14:20 ;-) – w końcu DFW. Po drodze tylko chmury i przerażająco smętny krajobraz USA – kto widział ten zrozumie. Po prostu przestrzenna “wolna amerykanka”, która estetycznie zupełnie przegrywa z krajobrazami europejskimi…

Na lotnisku oczywiście (dobrze zorganizowana) i (paranoiczna) kontrola – a kto, a dokąd, a po co, a kiedy, a odciski palców i uśmiech poproszę – bleh. Tak, to ja, główny podejrzany. Dziękuję za pozytywne rozpatrzenie wypełnionych podczas lotu formularzy i wszytą w paszport wystającą karteczkę… NOT.

C.D.N….

Następna strona